Obóz pracy przymusowej dla Żydów otwockich w Karczewie

Obóz w Karczewie powstał późno, bo dopiero wiosną 1942 r. Nabór robotników miał miejsce w drugiej połowie kwietnia 1942 r. Niemcy zwrócili się wtedy do Judenratu z żądaniem dostarczenia 400 mężczyzn. W razie niewykonania tego polecenia konsekwencje miała ponieść cała ludność żydowska Otwocka – karą za niedostarczenie robotników miał być konfiskaty mienia i przesiedlenie do warszawskiego getta.

Wieść o konieczności powołania 400 mężczyzn wywołała wśród mieszkańców otwockiego getta mnóstwo uzasadnionych obaw. Perechodnik wprost pisał, że była to lokalna tragedia. Po dotychczasowych doświadczeniach nikt już Niemcom nie ufał. Nikt też dobrowolnie iść nie chciał. O tym, jak ważna była to sprawa, świadczy też fakt, że w związku z niemieckim żądaniem prezes Górewicz zwołał zebranie Rady Żydowskiej, na które zaprosił również prominentnych i znaczących obywateli miasta. Być może on i Rada Żydowska nie chcieli w tak trudnej sprawie podejmować decyzji samodzielnie i woleli odpowiedzialność rozłożyć pomiędzy liderów lokalnej żydowskiej społeczności. Według relacji Beniamina Orensztajna dyskusja była żywiołowa. Zakończyła się jednak dość oczywistą konkluzją, że skoro nikt dobrowolnie zgłosić się nie chce, to – w obliczu groźby wysiedlenia całego miasta – należy poświęcić czterystu ludzi. W rezultacie komendant miejscowej policji żydowskiej Bernard Kronenberg otrzymał polecenie zorganizowania łapanki. On już się z tym uporał, robiąc przy tym świetne interesy na ludziach, którzy się wykupili.

Żydowski policjant Calek Perechodnik tak opisał tę łapankę w swoich wspomnieniach: Skąd wziąć czterystu ludzi do robót? Przecież ja nie mogę iść, bo pracuję w policji, ja zaś w Judenracie, ja zaś mam brata w policji, ja nie mogę iść, bo muszę interes przecież prowadzić, ja zaś nie pójdę, bo stać mnie na to, żeby dać 1000 złotych na policję. Nikt o Lublinie nie pamięta, policjanci łapią w dzień i w nocy, łapią, zwalniają, ruch jest w interesie. Wreszcie czterystu ludzi zostaje wysłanych do Karczewa.

Żydzi z karczewskiego obozu przy torze kolejki wąskotorowej łączącej na tym odcinku Otwock z Karczewem. Fotografia wykonana prawdopodobnie podczas transportu żydowskich robotników do obozu w kwietniu 1942 r. Okrakiem nad prawą szyną stoi Hugo Dietz, kierownik otwockiego Arbeitsamtu. Stojąca na lewo od niego postać w niemieckim mundurze to Sturmscharführer Otto Schlicht, szef otwockiego posterunku Kriminalpolizei. Z lewej strony jest nieznany z imienia i nazwiska policjant Policji Polskiej tzw. granatowej. Fotografia ze zbiorów rodziny Świerczyńskich.

Obóz znajdował się w odległości kilkuset metrów na południe od karczewskiego kościoła, w pobliżu ulicy Częstochowskiej, niedaleko rzeczki Jagodzianki. Na otoczonym drutem kolczastym terenie o powierzchni 1 ha stały trzy baraki drewniane. W pierwszym od wejścia znajdowało się biuro obozu, pomieszczenie komendanta, pomieszczenie dla policjantów oraz magazyn. W drugim baraku było pomieszczenie dla robotników i kuchnia. W trzecim, oprócz pomieszczenia dla robotników, mieściło się ambulatorium i pokój dla chorych.

Plan obozu pracy przymusowej dla Żydów w Karczewie zawarty w publikacji Beniamina Orensztajna pt: „Churbn. Otwock, Karczew, Falenica” opublikowanej w roku 1948. Taki układ obozu znajduje potwierdzenie w kilku relacjach jego dawnych robotników. Nieco inaczej zapamiętał obóz Dawid Kaufman. W swoim zeznaniu ocenił ten plan w sposób następujący: „Plan nie jest dokładny, a w szczególności był tylko jeden «Appel-Platz», a nie dwa, jak na planie. «Appel-Platz» znajdował się zaraz za barakiem, w którym było biuro komendanta. Nie było żadnego budynku «Wache», była tylko jedna «Schlafbaracke». W baraku, gdzie mieściła się kuchnia, nie było sypialni, tylko pod dachem stały stoły do jedzenia. Nie było żadnego «Waschplatz».”

Przybyli do Karczewa robotnicy zastali obóz gotowy, ale bez wyposażenia. Baraki zostały zapewne postawione z gotowych elementów przez niemieckich saperów lub członków Służby Pracy Rzeszy (Reichsarbeitsdienst). W kuchni obozowej nie było urządzeń i naczyń. Magazyn żywnościowy był pusty. Więźniowie sami spośród siebie wybrali władze obozowe, których pierwszym zadaniem było zdobycie żywności i doposażenie obozu w kuchnię oraz inne niezbędne materiały i urządzenia. Komendant obozu pomocy szukał przede wszystkim u prezesa otwockiej Rady Żydowskiej.

            Warunki mieszkaniowe i higieniczne w obozie były bardzo złe. Dach baraków nie był uszczelniony i przeciekał. Podczas deszczowych nocy robotnicy mokli we śnie. Prycze były drewniane, a miejsca do spania usytuowane na dwóch lub trzech wysokościach. Z powodu braku słomy pierwsze noce robotnicy spali na gołych deskach, nie mieli również koców do przykrycia. Niezadaszona umywalnia składała się z pompy i prowizorycznie skleconego koryta. Latryny nie były skanalizowane.

Obóz w Karczewie powstał wiosną 1942 r., a więc w momencie, w którym Niemcy, po doświadczeniach z lat poprzednich, zrezygnowali z obsadzania administracji i służby wartowniczej Niemcami i członkami Lagerschutzu, złożonego zazwyczaj z Ukraińców i Polaków. Według nowych zasad władze obozów pracy dla Żydów składały się z samych Żydów, a nad utrzymaniem porządku w obozie czuwali żydowscy policjanci.  

Według relacji byłych więźniów na komendanta obozu wybrano Wolfa (Wewela) Kołkowicza, który pochodził z niedalekiej Falenicy, a z zawodu był piekarzem. Kierownikiem gospodarczym został Mendel Asz, przed wojną właściciel składu drzewnego w Otwocku. Na czele ambulatorium stanął po 19 sierpnia 1942 roku dr Juliusz Pomper, chirurg szpitala wojskowego w Otwocku.

            Wyżywienie w obozie składało się z zupy nazywanej przez robotników „ścierkową” i 20 dag chleba dziennie. Taka ilość jedzenia była niewystarczająca dla ciężko pracujących mężczyzn, dlatego komendant Kołkowicz interweniował w tej sprawie u przewodniczącego otwockiego Judenratu Szymona Górewicza. W rezultacie Rada Żydowska zobowiązała się do dostarczania dodatkowych 25 dag chleba na osobę dziennie. Uzgodniono również, że codziennie z Otwocka będzie wysyłany wóz do obozu, dzięki czemu rodziny robotników mogły im dostarczać dodatkowe posiłki.

            Dopóki istniało otwockie getto, robotnicy z karczewskiego obozu mogli na każdy szabat wrócić do swoich domów – spędzić ten czas z rodzinami, wykąpać się w łaźni, ogolić, naprawić i zdezynfekować odzież. Po skończonym święcie w zwartym szyku wracali do obozu.

            Sytuacja pogorszyła się po likwidacji otwockiego getta. Wysiedlenie, egzekucje i świadomość śmierci najbliższych musiała odcisnąć piętno na psychice żydowskich robotników. Zagłada żydowskiej dzielnicy sprawiła też, że Żydzi nie mogli już liczyć na pomoc Judenratu, od którego dotąd dostawali żywność i potrzebne materiały. Nie mieli już możliwości wracania do domów na szabas. Atmosferę panującą wówczas w obozie tak opisał Beniamin Orensztajn: Więźniowie zwątpieni, przygnębieni i rozgoryczeni, musieli ciężko pracować, cierpieli głód i chłód, chodzili nadzy i bosi, brudni i zawszeni.

Obóz w Karczewie należał do grupy obozów gospodarki wodnej. Zachowane relacje potwierdzają, że robotnicy kierowani byli głównie do prac polegających na melioracji okolicznych podmokłych nieużytków lub też regulowaniu przepływającej nieopodal rzeczki Jagodzianki. Praca była ciężka i polegała przede wszystkim na kopaniu rowów odwadniających, co wiązało się z tym, że robotnicy brodzili w wodzie. Kierownikami tych robót byli wspomniany już polski inżynier i technicy. Nadzór niemiecki sprawował niejaki Frank, nazywany przez robotników inspektorem obozu.

            Choć prace melioracyjne należały do podstawowych robót, do jakich obóz został powołany, to jego więźniowie musieli wykonywać też inne zadania wyznaczone przez Niemców. Najtragiczniejszym z nich  był udział w zagładzie otwockiego getta. Kazano im uczestniczyć w egzekucjach, podczas których zakopywali często ciała swoich najbliższych, krewnych i sąsiadów. Musieli również brać udział w konfiskacie żydowskiego mienia. Zbierali je w magazynach, skąd Niemcy je wywozili.

Od lewej stoją: Icchak Kirszenbaum, nieznany z nazwiska policjant żydowski pochodzący w Lublina oraz Beniamin Orensztajn. Zdjęcie wykonane w karczewskim obozie na tle jednego z baraków. Fotografia ze zbiorów rodziny Symchowicz.

Pod koniec września 1942 r. pozostali przy życiu policjanci żydowscy rozebrali szlabany – ostatnie ślady istnienia w otwocku getta. Dziewięciu z nich zostało następnie skierowanych do obozu w Karczewie. Przyjęto ich tam z odrazą i rozgoryczeniem. Widziano w nich pomagierów i sługusów reżimu hitlerowskiego. Przybyli policjanci odróżniali się od robotników – byli dobrze ubrani i odżywieni, mieli też pieniądze, poza tym nie pracowali i mogli się swobodnie poruszać poza obozem. Żydowski robotnik zapisał po wojnie, że miał pretensję do policjantów, że ci – zamiast współczuć robotnikom ich tragicznej sytuacji, zamiast im pomagać – bili ich.

Do końca listopada 1942 roku obozy gospodarki wodnej funkcjonowały w miarę normalnie, ale wraz z nastaniem mrozów prace ziemne stały się niemożliwe. Pojawiało się niebezpieczeństwo likwidacji placówki. Obozu w Karczewie nie zlikwidowano, zmniejszono jednak jego stan liczbowy do zaledwie 50 ludzi, o czym robotnicy zostali wcześniej poinformowani. Przesiedlenie robotników nastąpiło 1 grudnia 1942 r. Do obozu w Karczewie przyjechała z Rembertowa żandarmeria z jej komendantem Lipscherem na czele. W akcji brali też udział polscy policjanci. Robotników najpierw zrewidowano, zabrano im pieniądze i wszystkie wartościowe rzeczy. Około dwudziestu chorych, którzy nie byli w stanie stawić się na apelu, zabrano furmankami. Mieli dołączyć do głównej grupy już w Warszawie, ale tak się nie stało. Najprawdopodobniej zostali po drodze rozstrzelani. Pozostali robotnicy w obstawie żandarmerii i policji poszli do Karczewa, skąd kolejką wąskotorową dojechali do Warszawy. W tamtejszym getcie przydzielono im kwatery w domach przy ulicy Miłej i Zamenhofa. Wielu z nich zmarło na tyfus i z wycieńczenia, pozostali podzielili los Żydów warszawskich.

Pozostawieni w obozie Żydzi mieli się zajmować budową mostów oraz zabezpieczeń chroniących przed wylewaniem Wisły. Panowała wśród nich atmosfera przygnębienia. Niektórzy robotnicy, mający pieniądze i dobre kontakty wśród Polaków, uciekli na „aryjską stronę”. Na ich miejsce zjawiali się ci, którzy od wysiedlenia otwockiego getta ukrywali się w bunkrach lub ci, którzy z braku pieniędzy, z uwagi na szantaże oraz towarzyszące im rabunki i groźby denuncjacji nie mogli dłużej ukrywać się po „aryjskiej stronie”.

5 maja 1943 r. Libscher wraz ze swoimi żandarmami zjawił się w obozie w Piekiełku gdzie przebywali między innymi otwoccy żydowscy policjanci. Robotnicy zostali rozstrzelani i pochowani we wspólnej mogile, którą sami musieli wcześniej wykopać. Komendant Landsberg, otwocczanin zbiegł, ścigany kulami niemieckich karabinów. Jeszcze tego samego dnia Libscher zjawił się w obozie w Wilanowie. Tam zginęli były komendant policji żydowskiej w Otwocku Kronenberg i jego żona oraz bracia Szymon i Kaufman Górewiczowie z rodzinami. Ten sam los spotkał następnie Hersza Erlicha, byłego zastępcę komendanta policji żydowskiej w Otwocku.

Prawdopodobnie 7 maja 1943 roku rembertowscy żandarmi przyjechali zlikwidować obóz karczewski. Mieszkający niedaleko niego Stanisław Olszewski wspominał po latach, że żandarmi zastali obóz pusty, pilnowany przez jednego żydowskiego strażnika. Po zastrzeleniu go pojechali do Nadbrzeża, gdzie pracowali robotnicy. Tam na widok żandarmerii Żydzi zaczęli uciekać. Niemcy zastrzelili wszystkich, których schwytali, ale część robotników zdołała się ukryć. Przez kilka kolejnych dni żandarmi przyjeżdżali do tej wsi i robili obławy na ukrywających się. Wśród Żydów, którzy w chwili przyjazdu żandarmerii byli na placówce w Nadbrzeżu, był Feliks Karpman i jego brat Mordka. Po latach ten pierwszy zeznał, że żandarmi po przyjeździe na miejsce zaczęli strzelać do robotników, wtedy on i jego brat ukryli się w zaroślach nad Wisłą. Karpman oceniał, że zastrzelono wówczas 40-45 robotników. Śmierci uniknął też inny robotnik, Bolkowi Miodownikowi z Otwocka, który uciekł na drugą stronę Wisły, przepływając ją wpław. Bliski ratunku był Josef Orensztajn, który ukrył się w słomie w pobliskiej stodole. Niestety, zauważył to gospodarz i najpierw zranił go widłami, a potem oddał w ręce żandarmów. Historię śmierci swojego ojca usłyszał jego syn Marek od kobiety w Nadbrzeżu, która za wynagrodzeniem przygotowywała robotnikom posiłki. Wskazała mu też świeżą mogiłę, w której zakopane było ciało jego ojca.